Archiwum

Monthly Archives: Lipiec 2012

Wiadomo, że człowiek to nie wielbłąd, musi pić nie koniecznie tylko źródlaną wodę. A propos picia trunków. W Londynie pewna urocza 20-latka- łatwo być uroczą jak się ma tylko 20 lat- podarowała mi filiżankę do kawy, teraz bym powiedział kruszkę. Taką sprytną, może posłużyć też do wypicia herbaty. Białą, przyobleczona we wdzięczną mnogość niebieskich wianuszków kwiatowych i z taką złotą plamką na uszku, akurat osadzoną w miejscu gdzie przylega poduszeczka kciuka- Panie Tadeuszu, to dla pana prezent ode mnie, pan nie może pić herbaty ze zwyczajnego kubka, ta filiżanka jest z artystyczną duszą, niech pan mi uwierzy, proszę ją przyjąć na dobry początek zamieszkania w Londynie. Mam ją do dziś i wciąż służy mi znakomicie.

Dygresja goni dygresje, tym razem filiżankowo-herbacianą. Parzenie herbaty w czajniczku, namiastce samowaru: Boże Drogi jakie to niegdyś było misterium i elegancki oraz właściwy sposób na dobry napar, a dziś po zmianie reżimów, zastąpiło wulgarnie wrzucanie szczura, czytaj surogatu herbaty w torebkach np. Liptona ale z dawnej liptonowskiej świetności – rok założenia firmy 1650- dziś pozostała jedynie reklama i nazwa- do grubościennego kubełka, no kubka opatrzonego głupawym nadrukiem. Żal że zaginął tradycyjny i racjonalny zwyczaj pijania herbaty w delikatnym szkle np. w szklankach w ażurowym koszyczku, ale szklanka herbaty to dla Polaków alergiczne doświadczenie, bo kojarzy się z Rosją, wschodem, cóż ale i bardziej zachodnie filiżanki też są w odwrocie.

Reklamy

 

Tadeusz Zubiński Proszę pluć tradycyjnie do spluwaczki !

Zawsze przemawiały do mnie dwie hiszpańskie maksymy.

Biada artyście, na którego nikt nie pluje- Lope de Vega Carpio(1562-1635)

Lepsza droga niż gospoda- Miguel de Cervantes Saavedra (1547-1616)

W ostatniej czyli numerze łączonym- numeracja ciągła169-171„Radostowej” sam naczelny Antoni Dąbrowski: wybiczował poszturchał i zganił mnie za całokształt plus za uszy wytargał za trudny charakter, aha jeszcze nautyskiwał że nie pojawiłem się na ojczystych śmieciach z egzotyczną żoną. Cóż Michał Bałucki mawiał iż : żona to nie menażeria, ażeby ją każdemu pokazywać. Do mnie akurat to przemawia, lecz w rodzinnych stronach kultywuje się świecką tradycję obwożenia się z żoną jak z dwugłowym cielęciem. Dodatkowo zastanawia mnie w jakim języku poza polskim intelektualista Naczelny Redaktor mógłby konwersować z moją egzotyczną żoną? Rosyjskim, angielskim, łotewskim, hiszpańskim – do wyboru?

Co to ułomności i niedostatków mojego charakteru to pełna zgoda- nie jestem sympatycznie stepującym niedźwiadkiem- ale już starożytni pouczali iż skromność to przywilej prawdziwego artysty a zarozumiałość to jego obowiązek. Ponadto warto wiedzieć że wszystkie dobre obyczaje czynią człowieka nudnym- to przysłowie tym razem angielskie.

Jeszcze tytułem tak zwanej prawdy historycznej i elementarnej rzetelności. Nigdzie nie napisałem że Ryszard Piernicki to Ryszard Miernik, ten konkretny, obecny także w sieci jako literat i rzeźbiarz. Ryszard Piernicki to postać literacka i szlus. Jeśli ktoś myśli inaczej to nie jest mój problem literacki ale jego medyczny, niechaj czym rychlej zwróci się do specjalistów bardzo określonej dziedziny, bo może stanowić zagrożenie porządku publicznego i dla samego siebie też stwarza niebezpieczeństwo ogromne. Objawy manie de la grandeur można klinicznie ograniczyć, są na to liczne przykłady w literaturze przedmiotu nawet tej popularnej. W pamflecie A. Dąbrowskiego znalazł się taki passus, kąśliwy więcej bolesny ale całkowicie chybiony:Może trochę rozumiem agresywne traktowanie Piernickiego (Ryszarda Miernika), który jest – zdaniem T. Z. – uosobieniem urzędniczego tudzież literackiego „Matoła”? Otóż Miernik rozpowiada mniej obeznanym z Wrzosowem, że jeden z Zubińskich był kapusiem, służył Niemcom, toteż partyzanci dali mu w czapę. To mogło zaboleć budującego nieskazitelny autoportret Zubińskiego .

Otóż sugerowałbym Antoniemu Dąbrowskiemu zajrzeć do książki tak hołubionego przez niego Stanisława Pająka z roku 1995 wydanej w Kielcach U Poety( wiadomo w kieleckich opłotkach którego poety) pod tytułem „Płynnie Kamionka w Suchedniowie” strony 30 do 32. Owa inkryminowana osoba nosiła nazwisko Zuba i imię Zbigniew, i o ile ja wiem nie pozostawała w żadnym związku rodzinnym z moimi bliskimi, czyli ma tutaj miejsce ordynarna potwarz.

Na kwietniowych spotkaniach autorskich, rzeczywiście sukcesu frekwencyjnego nie odniosłem, szczególnie w Suchedniowie, co było dla mnie przykre, ale nie zaskakujące. Na Suchedniów alias mój Wrzosów lub vice versa wcześniej już obrazili się/ obraził się Krzysztof Kąkolewski i Gustaw Herling-Grudziński, czyli nie jestem pionierem. Co do Kielc to znalazłem się w jeszcze lepszym i liczniejszym towarzystwie obrażonych z Stefanem Żeromskim, Witkacym na czele. Jeszcze jedno, ażeby nie kreować pseudomitów to Zdzisław Antolski przerwał kontakt mejlowy, a nie ja.

Poza tym zawsze byłem przekonany że wszelkie nagrody w tym także Marszałka Województwa zdobywa się a nie załatwia się, a tu raptem taki piękny donosik.

Myślę że wdzięczność na opak osoby przywołanej w tym kontekście dla Antoniego Dąbrowskiego znacznie wzrośnie..

 

Тадэуш Зубиньски родился в 1953 году в Польше в городке Сухеднюв, писатель, переводчик, критик, эссеист.

Основатель и первый редактор газеты «Akant», литературный ежемесячник, публикации в газетах и журналах: «Akcent», «Arcana», «Arkusz», «Autograf», «Dedal», «Dziś», «Fraza», «Fronda», «GazetaKulturalna» «GazetaSuchedniowska», «Glaukopis», «Ikar», «Kresy», «Literatura», «Mimoza», «Myśl.pl», «NowyNurt», «Odra», «Opcje», «OpcjanaPrawo», «PospoliteRuszenie», «Pracownia», «PrzeglądPowszechny», «Protokół kulturalny», «Radostowa», «Regiony, Sycyna», «Świadectwo», «ŚwiętokrzyskiKwartalnikLiteracki», «ŚwiatInflant», «Twórczość», «4 Wymiar». Регулярный сотрудник журнала «Literatura» в период 1998-1999 годов.

.

Роман „Тайна” – был опубликован в газете «Panorama Pilska» в номерах от 23 по 45 в 1993 году под псевдонимом Helena Chartówna.

 

Участие в сборниках:

 

1. Двуязычный польско-английский сборник -Произведения современных писателей региона Свентокшиское, Кельце 2003

2. «Вы остались с нами, Святой Отец», Кельце 2005

Многочисленные публикации в польской прессе Литвы, Латвии, Украины, Австрии, Ирландии, Канады, Рoccии, США, Великобритании.

 

Изданы книги:

Романы:

„Отлет диких гусей” серии „Архипелаги”, WAB издательство, Варшава 2001 год.

„Никодим Дызма в Лыскове” – Издательский институт „Сертификат”, Быдгощ 2003 год.

„Горы на небе”, издательство „Каменный 2”, Кельце, 2005 год.

„Буря у леса”, польская ассоциация Сарматия, Варшава 2007.

„Пожар у дороги”, – издательство «Zysk i S-KA», Познань 2009 год.

«Давно и далеко» – издательство «Zysk i S-KA», Познань 2011 год.

„Римская война” – серия „Квадрат”, издательство «Форма», Щецин 2012 года.

 

Рассказы и новеллы:

„Прикосновение к веку” – „Зеленая серия” – Новая проза Польши, PIW под эгидой ежемесячника «Творчество» – Варшава, 1996 год.

„Праведник в Содоме», Издательский институт „Сертификат” Быдгощ 1996 год.

„Башня и другие рассказы”, агентство тысячелетия Богдан Гутковский, Кошалин 2007 год.

„Гости Божьего стола”, Издательский дом „Radostowa” Стараховице 2010 год.

„Вжосовские рассказы” Издательский дом „Radostowa” Стараховице 2011 год.

Очерки и эссе:

„Заколдованный остров», Кельтские легенды и мифы Древней Ирландии”, – издательство

«Арморика», Сандомир, первое издание 2008 г., второе издание, 2009 год.

В редакционной подготовке „Экзотичная Чехия” – издатель Адам Маршалек, Торунь.

 

Apsis (барсук) Ливонской брат, с 2004 заместитель главного редактора ежемесячного журнала „Мир Ливонии”, автор около 150 статей о культуре, истории, языках Литвы, Латвии и Эстонии, опубликованных в странах: Литва, Латвия, Украина, США, Великобритания.

Эксперт по Прибалтике Фонда культуры и традиций Европы „Paradosi”.

 

Книги по прибалтийской тематике:

„Тихие страны” издательство в области образования «FOSZE» Жешув 2006 год.

„Этническое наследие Балтов», польская ассоциация «Сарматия» Варшава 2007 год – под эгидой посольств Литвы и Латвии.

„Гердер в Риге и другие прибалтийские эскизы» Издатель Адам Маршалек, Торунь 2008 год.

„Балтийская мифология”, – издательство «Арморика», Сандомир 2009 год.

„История латышской и латгальской литературы» – издательство «Арморика», Сандомир 2010 год.

„Словарь мифов и традиций коренных народов Эстонии, Латвии и Литвы” – Издательский дом „Radostowa” Стараховице 2010 год.

«Мифология эстонцев и ливов» – издательство «Арморика», Сандомир 2011 год.

„Польско-латышский разговорник» – Издательство „Крам” – перевод и адаптация, Варшава 2011 год.

„Великий Серый Волк – Карлис Улманис» – Издательство «Антик» Мартин Дубовский, Коморов 2012 год.

Соавтор – «Польша и Балтия в культурном диалоге» Даугавпилс 2007 год.

 

Zdzisław Antolski na swoim blogu napisał:

Jest takie stare powiedzenie krytyków literackich: – Kiedy nie ma utalentowanych pisarzy, to właśnie wtedy pojawia się wybitny pisarz! My na Kielecczyźnie czekamy na wielkiego pisarza od śmierci Stefana Żeromskiego, na współczesnego naszego pisarza czekamy od wojny, bo przecież Herling-Grudziński przebywał na emigracji, a o tym, że jest to nasz człowiek z Kielecczyzny dowiedziałem się w dojrzałym już wieku z jakiejś tajnej broszury PZPR-owskiej, którą przywiózł z Warszawy Józek Grochowina, omawiającej antysocjalistyczne ośrodki dywersyjne na Zachodzie. Ale to przeszłość. Oto pojawił się niezwykle utalentowany pisarz, którzy poprzez ciężką pracę twórczą, co widać w jego kolejnych książkach, dorobił się własnego języka, własnego stylu, po którym można bezbłędnie rozpoznać pisarza jak po liniach papilarnych.

Jest nim Tadeusz Zubiński z Suchedniowa, nota bene mój rówieśnik. Właśnie czytam dwie jego ostatnie książki – „Dawno i daleko” powieść wydaną przez ZYSK i „Opowieści wrzosowskie” – OW Radostowa, i nie mogę wyjść z zachwytu nad mistrzostwem słownym autora. Na pewno dorównuje Jackowi Dehnelowi z jego powieścią „Lala”, mieści w samej szpicy peletonu najlepszych współczesnych polskich prozaików. Widać, że dużo przemyślał, przemedytował i duchowo przetrawił. Będę o nim jeszcze nie raz pisał. W książkach T. Zubińskiego akcja nie jest najważniejsza, a nawet rzekłbym nie jest wcale konieczna, całe piękno tej prozy, jej dramatyzm i napięcie zawarte są w języku, w autorskim stylu. Przez niego nie możemy się oderwać, jak urzeczeni, od lektury, do niego wracamy z utęsknieniem, kiedy odkładamy książkę, bo wołają nas codzienne obowiązki. Styl Zubińskiego działa na czytelnika jak narkotyk, opium lub jak alkohol, jak piękna kobieta na mężczyznę, jak pejzaż ukochanych stron rodzinnych, przenosi nas w inny nierzeczywisty wymiar, skąd lepiej widać także nasze własne życie, naszą przeszłość i drogę, jaką przebyliśmy. Czytasz książkę, a książka czyta ciebie. To jest właśnie magia sztuki. To sprawia, że jest rzeczywiście, nie tylko z bibliotecznej nalepki – literaturą piękna! No i to – tak mi bliskie – ukochanie rekwizytu, szczegółu z przeszłości, marka tytoniu fajkowego, nazwa papierosów lub piwa jeszcze z czasów carskich. Uwielbiam takie smaczki, one są solą i pieprzem opowieści z dawnych czasów. Osobny akapit należy się opisom przyrody w prozie Zubińskiego. Wszyscy krytycy i czytelnicy zwracają na nie uwagę, niejako standardowo. Otóż opisy natury, w ogóle otoczenia nie tylko przyrody, ale przedmiotów martwych są w tym pisarstwie bardzo antropomorficzne, oddają stan ducha narratora. Przy tym są niezwykle oryginalne, autorskie, określające jego osobowość, nikt tak przed Zubińskim nie pisał oprócz może wielkich poetów romantycznych, ale przecież w zupełnie innej formie i innym kontekście. Jednak jest w nich patos codzienności duchem z Mickiewicza, jakiś epicki oddech jak u Homera i kameralność wzięta z Choromańskiego. Widać także podobieństwo do opisów w prozie Zygmunta Haupta, który doskonale acz nie nachalnie potrafił oddać prawdę chwili poprzez opis otoczenia, a szczegół potrafił powiększyć z fotograficzną dokładnością, dając poprzez taki zabieg inny wymiar opisywanej rzeczywistości.

Myślę, że w swoich książkach prozatorskich Zubiński jest poetą, zarówno w warstwie wyczulenia na słowo, na opis przyrody, jak i na chwytanie nastroju chwili. Ktoś powiedział, że pierwiastek poetycki decyduje o wartości dzieła sztuki niezależnie od tego, czy to jest rzeźba, sztuka teatralna, powieść czy wiersz (wiadomo przecież, że nie we wszystkich wierszach znajdziemy poezję, jako metaforę rzeczywistości, alegorię, nastrój i wzruszenie) i myślę, że jest to prawda, która znakomicie się potwierdza w prozie Zubińskiego. Twórczość jego nasycona jest poezją, miłością do przedstawianego świata i to właśnie decyduje o jej wartości, wpływa na oryginalny styl, świadczy o wysokiej randze tego pisarstwa. Henryk Bereza twierdzi, że w prozie Zubińskiego pobrzmiewają echa rosyjskich wielkich powieści. Być może w jakiejś mierze, zwłaszcza nastrój opowiadań Iwana Bunina. Ale jest tu dużo z polskiej prozy międzywojnia. Na przykład „Dawno i daleko” w pewnych fragmentach stosunku syna do ojca, przypomina „Niebo w płomieniach” Parandowskiego, ten sam problem dorastania, trudne relacje między pokoleniowe, dojrzewanie, biologiczne i umysłowe. Powieść Zubińskiego „Dawno i daleko” nie mogłaby się nigdy ukazać w PRL-u i raczej nie ze względów politycznych. Te ostatecznie można by ostatecznie ominąć, wykreślić kilka słów i linijek dotyczących Radia Wolna Europa czy partyzantów „Ponurego”, ale powieść suchedniowskiego autora to pomnik mieszczaństwa, jego mentalności, wrażliwości estetycznej, przywiązania do rodzinnej tradycji, tak naprawdę ostoi polskości. To zaprzeczenie zakłamanej mentalności peerelowskiej pełnej frazesów o „wiecznej przyjaźni ze Związkiem Radzieckim” i o „budowie socjalistycznej ojczyzny”, podczas kiedy liczył się tylko cynizm, hipokryzja, łapówkarstwo i donosicielstwo na wielką skalę. Ileż to się w PRL-u naczytałem o drobnomieszczańskiej ideologii, drobnomieszczańskich gustach itp. Głównym, pamiętam, ideologiem anty-mieszczańskości był niejaki Kazimierz Kąkol i pismo „Argumenty”. Powieść Zubińskiego nie mogłaby się ukazać za całokształt, a nie za jakieś niecenzuralne wtręty, za ideologię, za pochwałę bibelotu, obrzędu gry w brydża, umiejętności palenia fajki, kultu wykształcenia, za umiejętność dobierania krawata do koszuli i butów do garnituru, a także poważniej za cnotę oszczędzania, podziwu dla solidności rzeczy i fachowości ludzi, za pochwałę talentów, których nie powinno się marnować, za ciekawość świata i ludzi, za chęć dochodzenia prawdy i dzielenia włosa na czworo. Dla młodszych to się pewnie wyda niepojęte, ale – tak właśnie było. Ze znanych mi ludzi w PRL-u, którzy uosabiali te cnoty, na pewno jednym z pierwszych był Jerzy Stępień, późniejszy senator i sędzia Trybunału Konstytucyjnego. Człowiek wszechstronnie oczytany, a przy tym pełen szacunku dla każdej istoty. Ciekawy świata i innych ludzi. A teraz czytam powieść T. Zubińskiego i widzę galerię typów mieszczańskich z ich wadami i zaletami, którzy czasem mnie zachwycają, a czasem mierżą. Pisałem o zaletach mieszczaństwa, więc trzeba także o wadach – snobizm, pycha, wynoszenie się nad „wieśniactwo” (za to właśnie chłopi nie cierpieli „gulonów”), kabotynizm, naśladowanie szlachty, hipokryzja i w ogóle cały ten, że tak powiem „dulszczyzm”. Ale też kiedy zniszczono ziemiaństwo, zabrakło mieszczaństwa, a duchowieństwo skapcaniało w komunie, to cóż nam zostało z dawnej Polski? Chociaż przecież dzisiejsze chłopstwo jest przez komunizm zupełnie odmienione, a i mieszczaństwo dzisiejsze nie przypomina tego mieszczaństwa opisanego przez Zubińskiego. Ja widziałem relikty przedwojennych chłopów i widziałem jak giną pod toporem komunizmu i Zubiński widział przemianę, żeby nie powiedzieć duchową „zagładę” mieszczaństwa. Stan dzisiejszy tych warstw opisze ktoś inny za powiedzmy 20, 30 lat i my już tego nie doczekamy. My tylko możemy powtarzać za Mickiewiczem – ostatni taki mieszczanin, ostatni taki chłop. Choć pewnie i to przesada literacka. Czytam powieść Tadeusza Zubińskiego i zastanawiam się czy jeszcze w Polsce ktoś mówi takim językiem jak inteligenccy bohaterowie jego prozy? Znałem kilku przedwojennych nauczycieli, w tym pana Turschmida z Probołowic, który w latach 60. chodził w przedwojennych pumpach, a na nogach nosił białe getry (rodzaj ochraniacza), gazety „Słowo Ludu” nie czytał, bo on był wszak inteligentem. Wszyscy oni narzekali, że język ulega zepsuciu, bo Polacy zaczęli mówić jak bohater piosenki Młynarskiego „Jesteśmy na wczasach…”, jakimś żargonem, w którym przekleństwo na k… zaczęło spełniać rolę zamiennika, za każdy przymiotnik. Po co ładnie mówić? To się nie opłacało. Człowiek uchodził za dziwaka, frajera, cudaka, niezgułę. Polska proza powojenna została zdominowana najpierw przez socrealizm imitujący mowę robotników, przez język marginesu społecznego (opowiadania Hłaski, Nowakowskiego), następnie przez język chłopski (Kawalec, Nowak), a brakło języka środka, czyli inteligentów po maturze z rodowodem ideowym przedwojennym i słuchem językowym wykształconym na Żeromskim. Posługujących się polszczyzną, z braku innego określenia powiem – kulturalną. Chciałem tylko zwrócić uwagę jak wielkim powodzeniem cieszyły się swego czasu pogadanki Jerzego Waldorffa, nie tylko na tematy muzyczne, otóż Waldorff mówił właśnie językiem człowieka kulturalnego, a nie jakiegoś chłoporobotnika, czy Matysiaka z powieści radiowej. Zubiński zafascynowany jest dwudziestoleciem międzywojennym, jako krainą ładu (także ładu moralnego). Polska tamtych lat, mimo szalonych trudności, zawinionych przez nas, ale również „dzięki” różnym szykanom, jakim nie szczędzili nam sąsiedzi, była jednak krajem europejskim, kontrasty społeczne były wówczas w całej Europie czymś zwyczajnym, kryzysem ekonomicznym objęty był cały świat. Oczywiście Zubińskiego oburzają granice międzyklasowe w międzywojniu, niemądra polityka wobec mniejszości narodowych, na co patrzy z oddalenia jako znawca krajów nadbałtyckich, ale jednak w małym Wrzosowie był to jakiś porządek społeczny, sprawiedliwy czy też nie, to już inna sprawa. Dopiero późnej nadszedł czas cywilizacji waciaka i gumofilców, pierwszych sekretarzy i obowiązkowych pochodów i czynów społecznych, świat jeszcze bardziej absurdalny, stąd Wrzosów jakby go odrzucił albo raczej zignorował. Stąd próba rekonstrukcji losów Nikodema Dyzmy w Łyskowie, który to bohater literacki pojawia się także w mikropowieści „Goście stołu pańskiego”, jako bohater literacki, razem ze swoim prawdziwym ojcem, czyli Dołęgą-Mostowiczem. W miarę lektury mój entuzjazm wobec powieści „Dawno i daleko” nieco się zmniejszył. Po pierwsze zauważyłem, że jeśli autor pisze poważną powieść dziewiętnastowieczną na kilkaset stron, to powinien jednak zadbać o ty, by była ona podzielona na rozdziały. Znacznie ułatwiłoby to życie czytelnikowi. Choć to pewnie kłóciłoby się z zamierzonym tokiem narracji, który ma pokazać upływ czasu. Więc wycofuję się z tych pretensji, tutaj autor ma prawo do swojej wizji i koncepcji utworu. Powieść dziewiętnastowieczna? W jakimś sensie, ale nie do końca. Jeśli chodzi o fabułę, to zapowiadana przez całą powieść rozmowa między głównym bohaterem Filipem a demonicznym Dibluthem okazała się w moim rozumieniu całkowitym niewypałem, a jej poziom bardzo banalny. Może za dużo sobie obiecywałem, zbyt chciałem odczytać intencje autora? Zbytnio zaangażowałem się w powieść, chciałem ją współtworzyć? A przecież do tej rozmowy dąży jakby cała narracja, czytelnik jest na to wydarzenie przygotowywany – i niewiele się dzieje. Wygląda na to, że Dibluth jeszcze się pojawi na kartach nowych książek Zubińskiego, że jeszcze odegra jakąś rolę. Jednak autor, który ma taką szeroką wizję swojego pisarstwa, taką epicką panoramą losów swoich bohaterów, i patrzy tak perspektywicznie, jak Tadeusz Zubiński, ma do tego prawo. Zakończenie powieści „Dawno i daleko” otwiera horyzonty na dalsze losy jej bohaterów. Zwiększa nasz czytelniczy apetyt. Natomiast opis poety-rzeźbiarza Miernika – pychota! Samo zakończenie jest jakieś przypadkowe, ale w końcu takie jest przecież życie, nie dba o puenty. Jedna z internautek napisała, że miała wrażenie, że autor poszedł sobie zrobić kawę i jak wróci to będzie pisał dalej. Dobre przeczucie miała ta dziewczyna, bo jest już następny tom z tego cyklu pt. „Opowieści wrzosowskie”. Będę jeszcze o tej książce pisał w przyszłości, bo po prostu jest to tak gęsta proza, że nie zdołałem jej jeszcze przetrawić. W Opowieściach Wrzosowskich znajdziemy tych samych bohaterów co w Dawno i daleko, ale także postacie nowe, a łączy ich właśnie to miejsce magiczne – Wrzosów czyli realny Suchedniów. Poruszanie tych samych spraw z innej zupełnie strony, w relacji z sytuacją polityczną w Europie. Mamy tu i I wojnę, i międzywojnie. Opowiadanie „Un petit accident” to arcydziełko ukazujące w pigułce okres międzywojnia jako zjawisko kulturowe i obyczajowe.. Myślę, że mogłaby się podpisać pod nim z pewnymi wariacjami losów i zdarzeń np. moja nieżyjąca już teściowa, mieszkanka przedwojennego Lwowa, studentka potem żona ziemianina spod Włoszczowy. Te same zdarzenia, symbole, mentalność. Na zakończenie chciałbym wyrazić radość, że pojawił się w naszej Krainie Świętokrzyskiej prozaik, który piórem włada jak Wołodyjowski szablą. Dość już mam „pisarzy”, którzy nie szanują matki naszej, mowy ojczystej, którym słoń na ucho nadepnął i nie czują ani muzyki języka, ani nie rozumieją jego logiki, a napędza ich jedynie własna ambicja, choć nie mają wiele do powiedzenia. Zanim sięgnąłem po powieść „Dawno i daleko” przeczytałem jedną z poprzednich powieści Zubińskiego „Góry na niebie”. Nie zrobiła na mnie wielkiego wrażenia, choć widziałem zalety pióra autora, ale jakby nie wykorzystane do końca, talent nie rozkwitły, może i temat, pogrom kielecki, wydał mi się zbyt powierzchownie opisany. Była to jakby zapowiedź, embrion prozatorski. Ale od tej właśnie powieści nastał złoty okres w twórczości Zubińskiego. Jakby złapał drugi oddech, jakby nastąpiła inna odsłona jego talentu, nawet przeze mnie nie przeczuwana. Ukazało się wiele książek tego autora, entuzjastycznie przyjętych przez krytykę. Teraz czeka mnie pracowite nadrabianie zaległości, a uczynię to z przyjemnością, tym bardziej że głosy krytyki są zachęcające. Panowie, chapeau bas przed Zubińskim! Wreszcie mamy swojego pisarza!

Magdalena Rabizo- Birek PARĘ SŁÓW O OPOWIEŚCIACH WRZOSOWSKICH

Losy bohaterów, tylko z pozoru zwyczajnych, przecież nie są pospolite: lekarza- społecznika, rezonującego aptekarza, bujnego szlachciury, który jakimś kaprysem losu został przeniesiony z czasów Liberum veto do początku XX wieku, żydowskiego bałaguły- mędrca, księdza, który traci wiarę, kogoś do ostatnich swoich dni naznaczonego piętnem strasznej tajemnicy, wreszcie samego diabła- ironisty, tym razem w kostiumie okrutnej historycznej konieczności wyraźnie i oryginalne przedstawione na przestrzenni bez mała 100 lat ukazują w tej małej ale pełnej wszystkim radości i trosk okolicy miasteczka w Górach Świętokrzyskich cały kosmos ludzkiego istnienia, ów genius loci- miejsca, plejadę ludzkich typów, galerię zachowań i postaw. Dla Zubińskiego, tytułowy ów zmitologizowany Wrzosów- dodajmy osadzony w jakże realnym Suchedniowie- skomponowany z realności i domysłów, klech i mitów domowych staje się osobistym Macondo, bazujących udatnie na tak żyznej glebie, która jest tak głęboka jak Rów Mariański w pamięć i tradycję, a literacko zapładniająca niczym ukraiński czarnoziem.

Zubiński posługując się własnym niezwykle plastycznym i sensualnym językiem swoistym melanżem baroku i turpizmu, i z chirurgiczną precyzją rejestruje, analizuje i diagnozuje stany i emocje, pejzaże i wnętrza.

Jego opowieści toczą się jak ogromną wciąż zasilana mnogością dopływów rzeka- matka, zaborcza pani władająca ponad czasem- wysnuwane z biegłością i swadą największych gawędziarzy, w sposób tyleż czytelny i ożywczo twórczy, sytuujący w galerii takich pisarzy mistrzów gawędy staroszlacheckiej jak: Pasek, Rzewuski, Gombrowicz.

Z kolei dystans jaki zachowuje Zubiński do opisywanej materii, ciepła ironia, oczarowania wszelką zmysłowością świata i akceptacja własnego losu przybliżają te „Opowieści” do arcydzieł ciepłego realizmu pióra Bohumila Hrabala, zaś bezwzględny kult dla prawdy i szczególna pisarska estyma dla ulubionego szczegółu do prozy Józefa Mackiewicza

 

Magdalena Rabizo- Birek PARĘ SŁÓW O OPOWIEŚCIACH WRZOSOWSKICH

Losy bohaterów, tylko z pozoru zwyczajnych, przecież nie są pospolite: lekarza- społecznika, rezonującego aptekarza, bujnego szlachciury, który jakimś kaprysem losu został przeniesiony z czasów Liberum veto do początku XX wieku, żydowskiego bałaguły- mędrca, księdza, który traci wiarę, kogoś do ostatnich swoich dni naznaczonego piętnem strasznej tajemnicy, wreszcie samego diabła- ironisty, tym razem w kostiumie okrutnej historycznej konieczności wyraźnie i oryginalne przedstawione na przestrzenni bez mała 100 lat ukazują w tej małej ale pełnej wszystkim radości i trosk okolicy miasteczka w Górach Świętokrzyskich cały kosmos ludzkiego istnienia, ów genius loci- miejsca, plejadę ludzkich typów, galerię zachowań i postaw. Dla Zubińskiego, tytułowy ów zmitologizowany Wrzosów- dodajmy osadzony w jakże realnym Suchedniowie- skomponowany z realności i domysłów, klech i mitów domowych staje się osobistym Macondo, bazujących udatnie na tak żyznej glebie, która jest tak głęboka jak Rów Mariański w pamięć i tradycję, a literacko zapładniająca niczym ukraiński czarnoziem.

Zubiński posługując się własnym niezwykle plastycznym i sensualnym językiem swoistym melanżem baroku i turpizmu, i z chirurgiczną precyzją rejestruje, analizuje i diagnozuje stany i emocje, pejzaże i wnętrza.

Jego opowieści toczą się jak ogromną wciąż zasilana mnogością dopływów rzeka- matka, zaborcza pani władająca ponad czasem- wysnuwane z biegłością i swadą największych gawędziarzy, w sposób tyleż czytelny i ożywczo twórczy, sytuujący w galerii takich pisarzy mistrzów gawędy staroszlacheckiej jak: Pasek, Rzewuski, Gombrowicz.

Z kolei dystans jaki zachowuje Zubiński do opisywanej materii, ciepła ironia, oczarowania wszelką zmysłowością świata i akceptacja własnego losu przybliżają te „Opowieści” do arcydzieł ciepłego realizmu pióra Bohumila Hrabala, zaś bezwzględny kult dla prawdy i szczególna pisarska estyma dla ulubionego szczegółu do prozy Józefa Mackiewicza

Antoni Dąbrowski Wrzosowszczyzna

Mamy do czynienia z książką szczególną. Dojrzewała latami, etapami, a teraz wybuchła przed czytelnikiem bujnością języka, klimatami przemysłowo- letniskowego miasteczka, galerią i galanterią pospolitych i niepospolitych ludzi, którzy budowali szarość dni i legendę Wrzosowa.

Ta urokliwa, choć zapyziała mieścina ma przecież bogatą kartę historii: wielokulturowe dziedzictwo, powstańcze i partyzanckie mogiły; przez jakiś czas była nawet stolicą COP-u. Na wrzosowskim firmamencie krążą prawdziwe gwiazdy tamtych czasów: doktor Poziomkiewicz, aptekarz Lewicki i paradujący swym stalowoniebieskim Mercedesem-Benzem fabrykant tartaczny Kozłowski. Czasem dołączał do nich zlaszony, bogaty Żyd bądź okoliczny obywatel ziemski. Słowem – z trudem montowana czasem czwórka do brydża. Pozostali to kosmiczny rumosz w postaci schłopiałego mieszczaństwa bądź małomiasteczkowych chłopów, biednego jak bóżnicza mysz – żydostwa, kolejarzy, sklepikarzy, karczmarzy…Poznajemy swoiste klimaty, gdy handel i wyszynk trzymali Żydzi („Nocą w austerii”). PRL-owskich budek z piwem i gastronomicznych mordowni, gdzie siermiężny los podlewano czystą z czerwoną kartką bądź cierpkim,

suto chrzczonym piwem. Wrzosowska pijacka kultura wykształciła nawet odmianę kundla, który odprowadzał pijaczków do domu („Rozprowadzający”). Towarzyszy tym obrazom swoisty wysublimowany humor: skrzyżowanie Hrabala z Benny Hillem. W tej konwencji, bez zbytniego nabożeństwa kreśli sylwetki wrzosowskich proboszczów: Muszalskiego, Pustułki, księdza Tabiszewskiego. Wytyka im teologiczne i moralne lenistwo, skąpstwo i zdziwaczenie. Z życzliwą pogardą, czasem skrywaną atencją animuje postaci miejscowych Żydów. Zarówno tych krezusów, jak i szeregowej biedy. Pozornie ich atakuje, wyszydza, w rzeczywistości broni przed obiegową maksymą, że w przedwojniu źródłem wszelkiego zła w Polsce byli Żydzi i cykliści („Podróż

zimą”). Nie oszczędza bliższej i dalszej rodziny (Zubińscy, Bałchanowscy), która wpasowała się w model świętokrzyskich scyzoryków. Jednemu przypisuje nawet, że pomógł zejść przygarniętemu, choremu Żydowi z tego padołu łez i cierpienia („Mroki w pieczarze”). Wiele tu literackich aluzji. Poznajemy wrzosowskie lata Gustawa Herlinga- Grudzińskiego („Drzwi do lasu”), Krzysztofa Kąkolewskiego („Czajkowski Janusz albo Łokieć i Supeł”), Ryszarda Miernika. Nie darzy ich

szczególną sympatią. Gdzie się da – odbrązawia, obala mity, odsłania nagą prawdę. Może dlatego, że niektórym z nich udało się wdrapać na krajowy, a nawet europejski Olimp, podczas gdy on wciąż szturmuję tę szklaną, a raczej Baranowską Górę – nie tyle czarodziejską, co czarcią. Tu mieszkali jego krewniacy, okoliczne diabły, konfidenci i dziwacy („Czort na Baranowie”).

Autor zna na wylot duszę i obyczajowość Rosjan (Zubow). Daje świetne portrety psychologiczne przyjaciół-wrogów (Sorokin). Ubolewa, że wspaniały Dostojewski był polakożercą. Nie unika innych drażliwych tematów (dewiacje seksualne, prostytucja, konfidencjonizm). Kobiety… Narrator postrzega je jak typowy mężczyzna-samiec: z podtekstem erotycznym, choćby to była gospodyni samego księdza Pustułki, czy odnajmująca pokoje chciwa prostaczka Kubicka. Nawet w największej ciżbie wyłowi co okazalsze piersi, aksamitną skórę, zwietrzałe ślady dawnej

urody („Drażliwość”). Słowem – proza nabita jak sztucer egzystencjalnym prochem, obyczajnością

i nieobyczajnością, pleniącym się koło Baranowskiej Góry, neopogaństwem, podlanym przaśną erotyką („Studnia zapomnienia”). I jeszcze słów kilkoro o języku tych opowiadań. Skondensowany niczym syrop malinowy, wysmakowany, ponoszący wyobraźnię czytelnika jak nadmiernie wypoczęte i wypasione dworskie konie. Ale czasami gorzki niczym piołun, szczypiący jak wrzosowskie pokrzywy. Bo Zubiński potrafi chłostać i pospolite ludzkie przywary, i narodowe bałamuctwo, i słowiańską mitologię. Od suchej, statystycznej wręcz relacji przechodzi niezauważenie do misternie budowanych opisów przyrody – owych wrzosowskich stawów,

lasów i zagajników, które ściągały i ściągają letników, ale nikt z nich nie wiedział dlaczego. Dopiero on odkrył niepowtarzalne walory sosnowych zapachów, odcienie czarnego stawu, wygody i wygódki miejscowych willi i pensjonatów („Drzwi do lasu”). Tadeusz Zubiński świadomie walczy z unifikacją naszego języka, czasami łamie nawet uchwalone przez lingwistów prawidła, nieraz przesadza z tym indywidualizmem, ale efekt jest namacalny: ta proza wciąga, jest nie

do podrobienia – rozpoznawalna w każdym akapicie. Dbałością o styl równa do naszych największych beletrystów – z Prusem i Sienkiewiczem na czele. Tym zbiorem opowiadań Zubiński z nawiązką spłacił dług „pierworodny” miejscu urodzenia – Suchedniowowi, który w zbeletryzowanej formie jawi się jako Wrzosów. Od wrzosów, które tu nagminnie zalegały i stanowiły swoisty katharsis dla tubylców i przyjezdnych. Każdy, kto tu przyjechał i unurzał się w jaskrawym fiolecie jesieni, czuł się lepszym człowiekiem, lepszym patriotą, nawet lepszym chrześcijaninem. Dotyczyło to również Żydów. Warto dodać, że wszystkie te opowiadania były wcześniej drukowane w ogólnopolskiej prasie literackiej („Akcent”, „Akant”, „Fraza”, „Radostowa”, „Twórczość’). Jedno ukazało się nawet w „Gazecie Suchedniowskiej”,

co odczytać należy jako szczególny wyraz lokalnego patriotyzmu autora. No cóż, klimaty i urodę miejsc naszego dzieciństwa widać dopiero z oddalenia. Tadeusz Zubiński wywędrował z Wrzosowa via Szczecin, Warszawa, Biała Podlaska, Złotów, Bydgoszcz do Kielc, z przystankami w Londynie,

Amsterdamie, Pradze czeskiej, podwileńskim Landwarowie, a ostatnio dotarł aż na Łotwę. „Opowieści wrzosowskie” to swoiste „pożegnanie z Macondo*” – egzotyką lat młodości, archetypami, które grają w nas jak patefonowa płyta.

*Macondo – mityczna kraina z powieści G. G. Marqueza „Sto lat samotności

 

Zofia Korzeńska. Niezwykłe opowieści – Teraz -12/ 2011, strona 16 – Kielce

Nie byle wydarzeniem literackim są „Opowieści wrzosowskie”1 Tadeusza Zubińskiego, który został chyba jednogłośnie uznany przez rozlicznych krytyków (także w pismach ogólnopolskich, jak „Twórczość”, „Fraza” i in. – fragmenty wypowiedzi w książce) za jednego z najwybitniejszych polskich prozaików współczesnych. Jest to zbiór 16 opowiadań2, związanych tematycznie z Suchedniowem, nazwanym literacko Wrzosowem. „Opowieści…” stanowią jakby epopeję typowego prowincjonalnego miasteczka w centralnej Polsce, znanego przed II wojną światową z turystyki, z dobrze przystosowanych usług dla turystów i po dziś dzień z żyznej gleby literackiej, wydającej wybitnych pisarzy, jak Herling-Grudziński, K. Kąkolewski, no a teraz Zubiński.

Każde z tych opowiadań jest samodzielnym utworem, ale powiązane są z sobą miejscem wydarzeń, Wrzosowem, często też tymi samymi postaciami (jak doktor Poziomkiewicz, ks. Pustułka), a nade wszystko tym samym klimatem – jakiejś specyficznej małomiasteczkowej swojskości. Ukazane są tu czasy od r. 1910 do lat 80. XX w. Najmocniej zarysowane są chwile i nastroje przed wybuchem obu wojen, lata I wojny światowej i okres komunizmu w Polsce. Co do II wojny są wzmianki o tragicznych zdarzeniach, które pozostawiły bolesne piętno na psychice ludzi, np. opowieść „Mroki w pieczarze”.

W „Opowieściach” swoje odbicie mają dzieje nie tylko Suchedniowa i Polski, ale i całej Europy, a nawet świata. Jest tu ogrom informacji historycznych, społecznych, obyczajowych, krajobrazowo-przyrodniczych, kulturalnych, spostrzeżeń psychologicznych itp. Są ukazane jak żywe środowiska żydowskie ze swoimi obyczajami, z religią, różnymi typami Żydów; są kręgi inteligencji małomiasteczkowej (dom Lewickich), środowisko szlachecko-inteligenckie (dom Barańskich), drobnomieszczańskie, chłopskie, życie księży na plebanii i in. Ukazane są różne domy, karczmy żydowskie (np. „Nocą w austerii”); jest smak potraw, moda, szczegółowy wygląd ubrań męskich i damskich itp. itp. Są to ciągi pełnej krasy opisów, natłok jędrnych szczegółów, od których aż duszno – subtelność lub dosadność granicząca z naturalizmem. Dosłownie częstą strefą oglądu jest właśnie powietrze, niekiedy duszne lub wypełnione miłymi woniami. Opisy przyrody to zaiste – poematy. Te poetycko-nowatorskie opisy pól, drzew, wody, kwiatów podczas czytania się chłonie.

A ludzie? Pełnokrwiści. Wcale nie jednoznaczni, choć mający wyraziste cechy. Z lekka ujęci karykaturalnie, ale i pobłażliwie. Każdy ma jakiś ludzki defekt fizyczny lub psychiczny, jakiś kompleks, więc i powód do współczucia czy ludzkie ciepło.

Wszystkie te efekty opisów książka zawdzięcza oryginalnemu, przebogatemu językowi, nasączonemu przy tym swoistym humorem, językowi, nad którym dosłownie cmoka większość krytyków. Książki z powodu tej gęstości szczegółów nie czyta się lekko, ale mimo to każdy chyba się nią delektuje. Szkoda tylko mało starannej korekty wydawniczej..

 

1 Starachowice, Wydawnictwo „Radostowa” 2011, 306 s.

2 Drukowanych wcześniej w 6 czasopismach.

Portal Szczecin Czyta. pl 21.07.2012.Cicha gehenna codzienności w „Rzymskiej Wojnie” Tadeusza Zubińskiego

Dlaczego akurat twoja prywatna wojna zaraz musi być rzymska? Czy ty zawsze musisz się wyróżniać? […]

– Rzymska wojna… Nazywam ją tak z dwóch powodów. Jeden jest taki, że toczę ją z barbarzyńcami, drugi powód, że solo, bez sojuszników.

Rzecz się dzieje w czasach niepokoju, w Polsce podlegającej ciągłym zmianom społeczno-ustrojowym. Jednak wszystkie te zmiany zdają się zachodzić w sercu, wprowadzając zamęt, a człowiek żyje jak w malignie, próbując odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Przyczyny zmian nie są tu istotne, ważny jest hart ducha potrzebny, by cierpliwie to wszystko przeczekać, nie zapominając o własnym człowieczeństwie. Jak kropla, która drąży skałę. Ludzie są szyderczy, podejrzliwi, a w gruncie rzeczy pragną ostoi i prawdy. Są samotni w tłumie. Zmagają się ze zwątpieniem i oportunizmem, żeby zachować to, co niegdyś nazywano honorem – czytamy na okładce książki. Czy kiedykolwiek było inaczej?

Rzymska wojna” budzi niepokój, pokazuje bezustanne szukanie starego ładu. Ale to nie o ustrój chodzi, raczej o zasady życia, szczerość, dobro i prawdę, która zdaje się być zatracana w obliczu Nowego.

Tadeusz Zubiński urodził się w 1953 roku w Suchedniowie. jest pisarzem, krytykiem, tłumaczem, eseistą, a także zastępcą redaktora naczelnego miesięcznika Świat Inflant. Język i słowa to jego narzędzie pracy, stąd nie powinno dziwić jego tak zamaszyste i przemyślane stosowanie. Słowo ostre jak skalpel potrafi rozcinać ludzkie przywary, odsłaniając zdrową tkankę.

Obraz kreowany przez Zubińskiego pomimo szyderstwa, zawiera nutkę nadziei.

I choć bohaterowie tekstu wolą nie mieć złudzeń: Schemat zawsze taki sam – przyjedzie ktoś z zewnątrz, napakowany ideami z dużego miasta i rewolucję przymierza się wprowadzać. […] Gdzie, tutaj? Szalony człowieku, taki cud nikomu dotąd się nie udał… To w końcu niemal dwa tysiąclecia temu Imperium Rzymskie upadło, a jednak patriotyzm, wiara i kultura – przez tyle wieków – przetrwała.

Agata Witek- Portal Szczecin czyta

Tadeusz Zubiński, Rzymska Wojna, Wydawnictwo Forma, Seria Kwadrat, Szczecin 2012